Moje Nalewki – Bernard Singer

Z wielką radością przyjęłam wznowienie “Moich Nalewek” Bernarda Singera, reklamowanych jako “arcydzieło literatury polskiej”. Wyszło w serii o wymownym tytule “Powroty”.

W przypadku Nalewek cofamy się do żydowskiej przeszłości – niby-sztetla w środku Warszawy. Zagłada starła go z mapy miasta, wymazała z polskiej świadomości. W XXI wieku Żydami interesują się jedynie naukowcy, z maluczkich co najwyżej pasjonat regionalista, dlatego za bezcenne uchodzą wspomnienia naocznego świadka, podobnie jak czytelnicze podróże w czasie.

Bernard Singer jawi nam się jako kolejny utalentowany pisarz o sławnym, rozpoznawalnym nazwisku.

“Od najmłodszych lat pociągało mnie obserwowanie życia” – brzmi jak credo, potwierdzane aż nadto lekkością pióra, zmysłem obserwacyjnym, uważnością na detale, wrażliwością na pozornie nieistotne wątki i persony. Poszczególne rozdziały czyta się niczym mini reportaże, tym bardziej, że stanowią tematycznie zamknięte całości.

Przed oczami czytelnika przewija się tłum barwnych postaci: chasydów, przekupek, mamek, służących, korepetytorów, kupców, policjantów, stróżów, demonstrantów, lichwiarek, pokątnych doradców. Swoje role odgrywają na ulicy, giełdzie, podwórku-studni, w kawiarni, kiosku, chederze, bóżnicy, żydowskim domu, redakcji dziennika.

Element wspólny opowieści o Nalewkach stanowi biografia Autora: ucznia, syna, człowieka na rozdrożu. “Dzielnicę żydowską łączyłem ze wszystkimi niepowodzeniami życiowymi” – stwierdza gorzko, a może świadomie?

Z zaułków pełnych biedy, gwaru, kuchennych wyziewów wychodzi na tzw. prostą – opuszcza dzielnicę. Gdzież indziej ma się podziać asymilant, jedzący trefne i nie czczący Soboty!

Ortodoksi manifestują święte oburzenie wobec przemian społecznych: handlu w Szabat, przesiadywania w kawiarniach, jazdy tramwajem, palenia papierosów, świeckiego stroju, małżeństw z miłości, czytelni z dostępem do świeckich książek. Furorę robią terminy “partia” i “społecznik”. Następnie wszystko wraca do normy: biedni znowu boją się bogatych i nisko chylą przed nimi głowy, strażnicy religii obchodzą sklepy i nakazują ich zamknięcie grubo przed piątkowym zachodem słońca, swatki mają pełne ręce roboty.

Wszystko wraca do względnej normy, wszak pewnych procesów nie sposób już zatrzymać. Tak właśnie – pytająco i nostalgicznie żegna się z nami Bernard Singer, a my zachowujemy we wdzięcznej pamięci uważnego, czułego przewodnika po istniejącym niegdyś niby-sztetlu w środku Warszawy.

Aleksandra Buchaniec-Bartczak

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa słowo/obraz terytoria.

Dodaj komentarz