Bruno Schulz idzie do szkoły – Katarzyna Warska

Bruno Schulz – pisarz i rysownik, a może tylko, najpierw, przede wszystkim uczeń i nauczyciel? Oto mamy przed sobą bez mała 400-stronicową biografię tematyczną pod znakiem ławki i szkolnej katedry.

Lubię powtarzać, że z książkami o Schulzu jest jak z książkami Schulza – każda na wagę złota. Nie inaczej klasyfikuję pozycję Warskiej, która wnosi do – zdawałoby się ugruntowanej wiedzy o Schulzu nowe informacje, a nawet smaczki.

Analizując dawną i obecną numerację, Autorka dochodzi do wniosku, że dom rodzinny Brunia wciąż stoi przy drohobyckim rynku. To wąska kamienica z attyką, balkonem nad głównym wejściem, półkolistymi oknami na pierwszym piętrze i trzema okienkami nad klatką schodową.

Kolejny upadły mit dotyczy lokalizacji sklepu bławatnego matki Schulza – Henrietty. Owszem, przy rynku, ale nie na parterze kamienicy, w której mieszkali.

Dzięki Warskiej być może oglądamy najstarszą zachowaną fotografię chłopca z lat wczesnoszkolnych. Uchwycony na grupowym zdjęciu z wycieczki, siedzi na mostku z owiniętym w papier okazem zielnikowym w lewej dłoni.

O upodobaniach intymnych Schulza (masochizm, fetyszyzm) wiemy od dawna, ale to Warska jako pierwsza otwarcie pisze o pedofilii – zachwycie pozującymi do rysunków uczennicami-lolitami, przypadku molestowania seksualnego kilkunastoletniej Ireny Mitelman.

Cała reszta jest nam dobrze znana: konieczność utrzymywania rodziny po śmierci brata Izydora; obowiązek uzupełniania kwalifikacji nauczyciela gimnazjalnego; niechęć do zawodu – zwłaszcza zajęć z robót ręcznych, które odbierały siły i blokowały twórczość literacką; wspieranie zdolnych uczniów i nieszkodzenie pozbawionym plastycznego talentu; niemożność utrzymania dyscypliny na lekcjach; opowiadanie uczniom niezwykłych, pobudzających wyobraźnię i zapewniających upragnioną ciszę bajek, które tak wielu wspomina, nie pamiętając zarazem ich treści.

Warska wzięła na celownik wąski temat, traktuje go zatem szczegółowo. Skupia się na detalach, np. analizie wyników Schulza w nauce poszczególnych przedmiotów; wskazywaniu zakresu materiału, który uczniowie musieli opanować w poszczególnych klasach; omawianiu poziomu wiedzy nauczycieli; listowaniu przedmiotów nieobowiązkowych (np. kaligrafia, historia kraju rodzinnego); ocenie schulzowskich umów o pracę (tylko nieco lepsze od dzisiejszych “śmieciówek”).

Konieczność podejmowania działań, nawet jeśli czeka się na cud – filozofia, którą przesiąknięta jest twórczość Singera, świetnie ilustruje także “fenomen Schulza”, nie tylko w roli pedagoga. Owszem – działał, acz niechętnie, minimalistycznie, jakby chciał i bał się zarazem.

W jego rysunkach powracał wciąż na nowo motyw wyjeżdżającej z nocnego lasu dorożki, z nastawioną budą i płonącymi latarniami. Czyżby symbol tego, co zaprzątało niezwykłą chłopięcą głowę? Schulz-uczeń brzmi naturalnie – szkoła to po prostu etap rozwoju. Schulz-pedagog obarczony jest ciężarem. Warska rzuca czytelnikowi wyzwanie: znajdź dziesięć szczegółów, którymi różnią się te dwa obrazki, a następnie sama cierpliwie tłumaczy.

Aleksandra Buchaniec-Bartczak

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa słowo/obraz terytoria.

Dodaj komentarz