Nie koniec, nie początek – Anna Bikont

Książka ma wymowny podtytuł (“Powojenne wybory polskich Żydów”), oraz prosty, przejrzysty układ (rozdziały “Zostać”, “Wyjechać”, “Rozliczyć”, “Pamiętać”). Idealnie dobrane, okładkowe zdjęcie Racheli i Lolka Grynfeldów, zrobione w obozie dla dipisów. On pokazuje coś odległego (Amerykę? Palestynę?), ona szeroko się uśmiecha.

Zostać w Polsce. Dlaczego? Z uwagi na silną polską tożsamość, wiarę w komunizm, oczekiwanie na powrót bliskich, chorobę, towarzyszenie starzejącym się rodzicom, utrudniany przez polskie władze wyjazd, brak sił i motywacji do rozpoczynania życia od zera, w innym kraju, klimacie, języku.

Dwa duże skupiska Żydów, którzy przetrwali w ZSRR, lub zostali wyzwoleni w obozach koncentracyjnych powstały w Dzierżoniowie, oraz Łodzi. Pierwsze z miast Autorka określa mianem zmodernizowanego sztetla, drugie laboratorium nowego wielkomiejskiego życia żydowskiego.

Można było pozostać w ukryciu, czyli pomimo końca wojny nadal żyć na tzw. aryjskich papierach: pod zmienionym imieniem, nazwiskiem, adresem zamieszkania, trzymając się z daleka od środowisk żydowskich, przechodząc na katolicyzm. Czasami miłość do Polki, Polaka wyznaczała nowe standardy, częściej osoba pochodzenia żydowskiego ukrywała przed najbliższymi prawdę.

“Nie koniec, nie początek” to kolejna mocna książka Anny Bikont o powojennej żydowskiej rzeczywistości. Warta naszej uwagi i empatii, pochylenia się nad każdym niuansem.

Podróż z Polski do Palestyny to nielegalna górska przeprawa, rejs zdezelowanym i przeładowanym statkiem, brud, głód, internowanie na Cyprze, lub cofnięcie przybyszy do Europy.

Obozy dla dipisów to dawne obozy koncentracyjne, przekształcone w prowizoryczne szpitale i miejsca zakwaterowania wyzwolonych, oczekujących na transport do rodzimego, lub innego wskazanego kraju. W miejscach, w których dopiero co Niemcy mordowali Żydów, teraz służą im jako pracownicy fizyczni, lekarze, opiekunki, stróże porządku.

Liczne śluby, narodziny dzieci. Utrata bliskich w Holokauście pchała ku nowemu życiu. Czasami zbyt szybko, pochopnie, bez przepracowania traumy. Kto zresztą dipisom miałby w tym pomóc?! Mało szczęścia, dużo patologii. Stagnacja, zawieszenie, czasami powrót po odrzuceniu przez społeczność rodzinnego miasteczka, czy wioski. Oczekiwanie, że Joint zapewni zasiłki i przyzwoity poziom życia.

Niektórzy brali sprawy w swoje ręce, łaknąc zemsty. Organizacja “Nakam” pod przywództwem Aby Kownera planowała truć: skażoną wodą mieszkańców pięciu największych niemieckich miast, skażonym chlebem esesmanów więzionych w obozach jenieckich. 

Inni starali się dochodzić sprawiedliwości przed powojennymi sądami. Zgłaszali mordy, sprawców i świadków. Procesy najczęściej umarzano, zaś Żydzi uciekali z kraju w obawie przed negatywnymi konsekwencjami. Na rozliczenia (w formie spisywanych wspomnień, spotkań z młodzieżą) przyszedł czas często dopiero w późnym wieku.

Pozostało “pamiętać”, w którą to, jakże ważną strategię wpisuje się także książka Anny Bikont.

Aleksandra Buchaniec-Bartczak

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne.

Dodaj komentarz