W pierwszej osobie – Zygmunt Bauman

Na okładce książki czarno-białe zdjęcie autora w podeszłym wieku (odszedł mając 91 lat). Gęsty dym z fajki przesłania niemal całą twarz, tworząc efekt brody św. Mikołaja. Zza dymu wyziera czujne lewe oko, lustrujące czytelnika, a może patrzące jedynie w głąb, wstecz?

Wszak to autobiografia, w której autor – zgodnie z zapowiedzią w podtytule – wspomina i rozlicza, musi się zatem cofnąć w czasie, odświeżyć pamięć, uruchomić dawno wygasłe emocje.

Nie jest to jednak klasyczna autobiografia lub też jest nią do pewnego momentu – końca II wojny światowej. Potem Bauman rozrzedza narrację, która staje się punktem wyjścia do refleksji socjologicznej. Koresponduje to z 1947 rokiem, kiedy wraz z rodzicami osiadł w Warszawie i przeniósł się na studia do Akademii Nauk Politycznych. Uniwersytet Warszawski nie uznał mu dwóch lat fizyki w Gorkim, a nie chciał tracić nawet minuty.

Fizykę lubił, filozofię, socjologię i historię społeczną pokochał. Kim byłby Zygmunt Bauman gdyby nie ten drobny życiowy epizod? Zdarzenie, które dowodzi, że nie zawsze otrzymać to, czego się pragnie jest dla nas rzeczywiście dobre.

Kilka refleksji towarzyszyło mojemu spotkaniu z Baumanem. Smutne dzieje najbliższej rodziny, w której nie brakowało tragicznych wydarzeń, takich jak bankructwo sklepu bławatnego, próba samobójcza ojca, naznaczone przemocą małżeństwo siostry, Holokaust. Siebie wspomina jako niechciane, grube, samotne dziecko. Jednak opisuje to wszystko w taki sposób, jakby chciał rozbawić czytelnika. Z humorem, dystansem i psychologiczną głębią.

Plastyczność niektórych scen sprawia, że pozostają z czytelnikiem na długo. Upokorzenie ojca, któremu naziści rozkazali sprzątać kolejowy peron. Zrobił to odwrócony tyłem do pociągu, którym odjeżdżali jego córka, zięć i wnuczka. Na brytyjskich paszportach mogli.

Zapamiętany na całe życie “grzech” nastolatka, który zjadł swoją i ojca porcję zupy przekonany, że w tym konkretnym dniu ojciec nie wróci już do domu. 

W czytelni dla drwali w Wachtanie – leśnym osiedlu, gdzie trafił z rodziną, Bauman znalazł cudownie ocalone literackie rarytasy. Gdzieś tam na końcu świata nie zdziesiątkowała ich żadna ideologiczna czystka.

Z uwagi na osobę autora można mieć różne nastawienie do lektury: bałwochwalcze – z uwagi na osiągnięcia i sławę, krytyczne – z uwagi na poglądy i stalinowską przeszłość, z którą próbuje się rozliczyć, nie unikając trudnych tematów. Należy jednak podkreślić, że robi to w formie refleksji, nie spowiedzi.

Proponuję “W pierwszej osobie” po prostu przeczytać. Dla języka, pióra, świadectwa epoki. Mieć prawdziwą przyjemność z zajęcia, podczas którego nie liczy się pozostałych do końca stron.

Aleksandra Buchaniec-Bartczak

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora.

Jedna myśl na temat “W pierwszej osobie – Zygmunt Bauman

  1. Refleksje, jako wspomnienia i rozliczenia bez emocji czyli bólu. Człowieczeństwo przetrwa w trudnych czasach, to jak konfrontacja za doświadczenia ale i mądrość życia, , czy uczy, może …szacunku do wszystkiego .

    Polubienie

Dodaj komentarz