
22 lipca 42 roku zaczęła się deportacja ludzi z warszawskiego getta do Treblinki. Przez 2 miesiące Niemcy wywieźli i wymordowali blisko 300 tysięcy. To potworna, wręcz abstrakcyjna liczba. Przerażające cyfry, za którymi ukrywają się poszczególne tragiczne śmierci.
We wspomnieniach Jakuba Krzywickiego, który uciekł z obozu, zachowały się opisy ostatnich chwil życia pojedynczych, anonimowych ofiar, których był przypadkowym świadkiem.
Nic nie możemy dla tych ludzi zrobić poza tym, żeby dowiedzieć się od Krzepickiego, jak zostali zamordowani – i zapamiętać…
…….
Krzepicki relacjonuje, co działo się w baraku, w którym kobiety rozbierały się przed wejściem do komory gazowej:
■Kobiety miały w Treblince o wiele cięższy los niż mężczyźni. Jeżeli części mężczyzn, tych młodych, udawało się pozostać przy życiu kawałek czasu i w pojedynczych przypadkach wydostać się z tej fabryki śmierci, to zdaje się, że żadna kobieta nie przeżyła tu ani jednego dnia.
Młoda dziewczyna z Warszawy wpadła na pomysł: przebierze się i wmiesza się między mężczyzn, którzy tu pracują. Złapała gdzieś jakieś ubranie i wyszła na zewnątrz baraku, ale krótko trwała ta maskarada. Rozpoznana, została zbita, kazano się jej rozebrać do naga, i przepadła razem z pozostałymi.
■ Podbiegła nagle do mnie ładna dziewczyna, blondynka, młody kwiat pośród tego całego rozgardiaszu, i zadała pytanie: „Żydzie, co oni z nami zrobią?”. Ciężko było mi powiedzieć jej prawdę. Westchnąłem, próbując odpowiedzieć jej wyrazem twarzy, trochę uspokoić. Moje zachowanie dziewczyna przyjęła jednak z jeszcze większym strachem i z jeszcze większą niecierpliwością krzyknęła na mnie: „Niech mi pan powie, co oni z nami zrobią? Może mogę się uratować”. Nie miałem już wyboru i odpowiedziałem jej jednym słowem: szmelc.
Dziewczyna odeszła ode mnie i zaczęła biegać po baraku zupełnie jak mysz złapana w pułapkę. Patrzyła, gdzie są luźniejsze deski, zostawione otwarte drzwi, okna, biegała w tę i z powrotem tak długo, dopóki nie przyszła jej kolej na oddanie ubrań i esesman nie zmusił jej nahajką, żeby się rozebrała.
■Nagle usłyszeliśmy spod sterty ubrań słabe jęki. Było tam kilka kobiet, które się ukryły. Żyły jeszcze, ale bały się stamtąd wyjść. – Wody! Łyk wody! – rozpaczliwie błagały, gdy poznały, że jesteśmy Żydami. Niestety, nie mieliśmy wody i nie mogliśmy kobietom w niczym pomóc. Po chwili nadszedł Ukrainiec i widząc, że kobiety te jeszcze żyją, zabił je paroma strzałami. Odnieśliśmy je zaraz do innych trupów.
■Noc przespałem w baraku razem z „czerwonymi łatami”, które tworzyły tu osobny oddział. Z moich wcześniejszych towarzyszy nie pozostał przy życiu nikt. Oni już spali po drugiej stronie ściany, po drugiej stronie ogrodzenia, w wielkim braterskim grobie. Tylko z jednym z nich spotkałem się następnego dnia – smutne to było spotkanie. Był to całkiem młody chłopak, lat 17–18, wydaje mi się, że z regionu kieleckiego. Z nim zdarzyła się taka oto historia: egzekucja tych 500 mężczyzn odbywała się w taki sposób, że brano 10 ludzi, kazano im rozebrać się do naga, ustawić się nad otwartym grobem i każdemu ładowano kulkę w kark. Trochę później egzekutorzy zorientowali się, że będzie to trwało zbyt długo, dokończyli więc rzeź karabinami maszynowymi. Ten chłopiec był z pierwszej grupy, i jemu źle wycelowano kulę w kark. Kula ześlizgnęła się w bok i lekko raniła w policzek. Chłopak sprytnie udał nieżywego. Leżał w grobie aż do wieczora. Potem wyczołgał się, poszukał na placu wśród szmat czegoś do założenia na siebie i do rana przeleżał schowany w kupie szmat. Tam go znaleźliśmy – ja z jeszcze jednym młodym człowiekiem z „czerwonych łat”. Chłopak dostał gorączki z powodu rany, ale za każdą cenę był gotów walczyć o swoje życie. Kiedy nas zobaczył, zaczął nas gorąco błagać o trochę wody, aby obmyć krew z policzka, aby nikt nie poznał, że ranił go strzał. Policzek był mocno spuchnięty.
Mam cały czas przed oczami twarz chłopca i dzwoni mi w uszach jego prośba: „Żydzi, drodzy, zlitujcie się – trochę wody”.
O żadnej wodzie nie mogło być mowy. Iść do studni po wodę było niemożliwe, a akurat tak się ułożyło, że nie było pod ręką ani wody kolońskiej, ani w ogóle nic płynnego. Próbowaliśmy rozejrzeć się między paczkami i workami i zanim się spostrzegliśmy, coś zauważył z daleka jeden z głównych sadystów obozu, scharführer, z którym rozmawiałem pierwszego dnia po moim przybyciu do obozu. Podszedł bliżej, wziął ze sobą chłopca, podeszli do grobu, rozkazał mu ponownie się rozebrać i tym razem kula już trafiła w cel…
A to fragment relacji Krzepickiego z peronu, na którym opróżniano pociągi z Warszawy:
■Po zakończeniu wyładunku kazano nam odsunąć się na bok i ustawić w dwuszeregu. Rozległ się gwizd lokomotywy, pociąg zaczął powoli wyjeżdżać z obozu. Przed bramą wyjazdową stanęli z obu stron Ukrainiec i esesman. Skierowali światło pod wagony i sprawdzali, czy ktoś się tam nie ukrył. Dwa wagony wyjechały bez przeszkód. Przy trzecim lub czwartym wagonie Niemiec krzyknął: „Stać!”. Między kołami leżeli uczepieni dwaj młodzieńcy. Jednego zastrzelili, zanim jeszcze zdołał wyczołgać się spod wagonu. Drugiemu udało się wyskoczyć i rzucił się do ucieczki. Chciał ukryć się w tłumie wśród innych Żydów. Ale esesman zatrzymał go. Młodzieniec pokazał dokumenty, że jest robotnikiem, błagał, zaklinał. Esesowiec pozostał na wszystko głuchy i z dziką pasją okładał nieszczęsnego gumową pałką po głowie. Chłopiec upadł. Z kolei przystąpił Ukrainiec i kolbą karabinu z rozmachem – jak się rąbie drzewo – uderzył ze 3, 4 razy leżącego w głowę. W końcu wpakowali mu jeszcze kulę i dopiero wtedy dali mu spokój. Pociąg odjechał.
…
Cytaty z książki: Abram Jakub Krzepicki, „Człowiek uciekł z Treblinek…”, Wyd. Żydowski Instytut Historyczny, 2017
