4 września zmarł Józef Dajczgewand – jeden z organizatorów protestów Marca.
Śmierć Józka skłania do wspomnień sięgających 1968 roku.
Takie nazwiska jak Dajczgewand, Blajfer (Bogusława), Blumsztajn (Seweryn), Szlajfer (Henryk) – były wówczas najczęściej wymieniane przez partyjnych propagandystów, jako nazwiska wrogów socjalizmu. Pamiętam, że powtarzano je jak mantrę. Dlaczego?
Powód był prosty i oczywisty: partia nie mogła zaakceptować prawdy.
A prawdą było to, że 68 rok był rokiem masowego buntu młodzieży studenckiej. Partia uważała tę młodzież za swoją i za żadną cenę nie mogła przyznać, że poniosła klęskę: przecież to JEJ młodzież zbuntowała się przeciwko niej.
Dlatego zdecydowano, że linia obrony i zarazem ataku jest taka: ogłośmy, że to nie „polska, socjalistyczna, robotniczo-chłopska” młodzież zrobiła rewoltę. Tego dokonali wyłącznie OBCY, wciągając w swoją brudną grę niewinnych, czystych rasowo polskich studentów. Gomułka mówił w Sejmie: „młodzież oszukano”.
Dlatego obcobrzmiące nazwiska były na wagę złota dla partyjnej propagandy.
Bo plan był taki: zataimy fakt, że bunt był jak najbardziej polski i będziemy prezentować go jako „kosmopolityczny”, a jeszcze lepiej – żydowski.
Przy okazji druga pieczeń pieczona na tym samym ogniu: dlaczego to „żydowscy studenci” się zbuntowali i sprowadzili pozostałych na manowce?
Bo – wedle partyjnej narracji – podpuścili ich do tego rodzice, którzy stracili władzę, gdy sprawy kraju wzięli w swoje ręce prawdziwi Polacy pod przywództwem tow. „Wiesława” (Gomułki). Ci rodzice nie potrafili się pogodzić ze stratą wpływów i stanowisk.
Zwalenie na Żydów ciemnych czasów stalinowskich, skontrastowanie ich z błogimi czasami po 56 plus obwinienie ich dzieci o bunt marcowy – do tej operacji potrzebne były obcobrzmiące nazwiska. Takie, żeby bez używania słowa „Żyd”, było wiadomo, że o Żydów chodzi. A wtedy – oczywiście – następuje, prawie automatycznie, uwolnienie drzemiącego antysemityzmu.
(PJ)
…
Na zdjęciu: Józef Dajczgewand w 1968.
