Żmija pokazuje zęby

Przyznam, że nie bez pewnej gorzkiej satysfakcji przyglądam się, jak lewica wyhodowała sobie żmiję na własnym łonie, a teraz zaczyna się jej bać. Jeszcze niedawno upajała się swoim sukcesem wyborczym w Berlinie, a dziś, kiedy opadła pierwsza euforia, zaczyna dostrzegać cenę politycznego flirtu z radykalizmem. Jak by nie patrzeć, to na tym poparciu budowała swój sukces.

Tymczasem z Berlina dobiegają niepokojące wieści z frontu. Elif Eralp z Die Linke, kandydatka na burmistrzynię rządzącą stolicą Niemiec, podczas sprawdzania treści wywiadu przez pomyłkę odesłała dziennikarzom „Der Spiegel” swoje prywatne notatki. Okazuje się, że polityczka, która chce odpowiadać za bezpieczeństwo kilku milionów Berlińczyków, sama boi się ludzi ze swojego politycznego otoczenia, notabene sympatyzujących z Hamasem. A może z samego Hamasu?

W każdym razie Eralp boi się powiedzieć, o kogo chodzi, boi się o rodzinę, zastanawia się nawet, czy nie wycofać całego wywiadu. Jednocześnie przy włączonych kamerach ciągnie swój show i zapewnia, że jako burmistrzyni zadba o bezpieczeństwo mieszkańców Berlina. Zabawne są te imponujące ambicje i publiczne prężenie muskułów, zważywszy na skromne możliwości i prywatny dygas o siebie i rodzinę.

Kompromitacja samej Eralp jest druzgocąca dla niej, jak i dla Die Linke, ale znacznie bardziej daje do myślenia romans radykalnej lewicy z islamizmem. Romans zresztą dość osobliwy, bo trudno znaleźć dwa światopoglądy bardziej sobie obce. Z jednej strony emancypacja kobiet, prawa homoseksualistów, świeckość państwa, wolność jednostki. Z drugiej religijny fundamentalizm, podporządkowanie kobiet, prześladowanie homoseksualistów i terror jako narzędzie polityczne. Wystarczyło, żeby lewica zwarła szeregi z islamistami i ogłosiła Izrael kolonialnym ciemiężycielem, Palestyńczyków sprowadziła do roli wiecznych ofiar, a Hamasowi dorobiła twarz ruchu oporu. I tak oto między tymi ideologicznymi przeciwieństwami rozkwitła gorąca wzajemnie wspierająca się polityczna miłość. Głosy wyborcze za pogłębianie kłamstw, nienawiści i islamskiej propagandy.

Odnoszę wrażenie, że dla wielu ludzi w Europie Hamas to ekipa, która siedzi sobie grzecznie w Gazie, zajęta własnymi sprawami. Nie mają świadomości, że od lat buduje rozległe struktury poza Bliskim Wschodem, w tym zaplecze finansowe, organizacyjne i propagandowe. Europa jest dla niego nie tylko miejscem pozyskiwania pieniędzy i sympatyków, lecz także przestrzenią rozszerzania wpływów, również w edukacji i polityce. Ludzie, mówiąc o Hamasie, wyobrażają sobie kilku biednych gości z kałasznikowami, biegających po ruinach Gazy, do których powstania sami się przyczynili. Nie widzą miliardów wpompowanych przez lata w Gazę ani miliardów, którymi dysponują przywódcy Hamasu, mieszkający sobie wygodnie w pięciogwiazdkowych hotelach. Nie widzą też kolejnych miliardów, które płyną na finansowanie i rozbudowę zagranicznego zaplecza Hamasu.

A przecież już w 2022 roku amerykański Departament Skarbu oszacował wartość zagranicznego portfela inwestycyjnego Hamasu na ponad 500 milionów dolarów. W 2024 roku wskazał, że Hamas mógł pozyskiwać nawet 10 milionów dolarów miesięcznie za pośrednictwem organizacji podszywających się pod działalność charytatywną. W raporcie z 2026 roku potwierdził dalsze funkcjonowanie międzynarodowych sieci finansowych Hamasu.

O tym, jak wielkim biznesem jest Hamas, jaki ma rozmach i jak daleko sięgają jego macki , większość ludzi nie ma zielonego pojęcia. A przecież nie mówimy o tajnych dokumentach ani informacjach zdobywanych przez wywiad. Mówimy o danych publikowanych przez oficjalne amerykańskie instytucje, do których przeciętny człowiek dociera dopiero wtedy, gdy sam zacznie ich szukać. A ludzie nie szukają.

I przypomina mi się dowcip, który dzisiaj przeczytałam.

Dziennikarz pyta kobietę uczestniczącą w demonstracji:

– Z jakimi postulatami pani przyszła?

– A co to są postulaty?

Zatem gdzie właściwie giną te fakty? Dlaczego tak ciężko przebić się im do publicznej świadomości? Niesamowita dysproporcja w zainteresowaniu faktami. W medialnej opowieści o Gazie dominują obrazy cierpienia, emocje i oskarżenia pod adresem Izraela. Tymczasem finansowe imperium Hamasu i jego międzynarodowa działalność pozostają gdzieś tam nieważne. Moim zdaniem to poważny błąd.

Ale właściwie nie o tym chciałam pisać.
Zatem wracając do Berlina, nie jest tak, że nikt nie dostrzega zagrożenia. Niemieckie służby od dawna interesują się organizacjami i osobami podejrzewanymi o wspieranie Hamasu. Niestety służbom skutecznie wiąże się ręce poprawnością polityczną, a każda próba nazywania zagrożenia po imieniu grozi oskarżeniami o islamofobię. W tym samym czasie część europejskiej lewicy z zapałem dostarcza hamasowskiej narracji politycznego paliwa.

Do zbiorowej świadomości nie dociera również i to, że nie trzeba osobiście należeć do Hamasu, żeby przysłużyć się jego interesom. Wystarczy konsekwentnie powtarzać jego propagandowe hasła, usprawiedliwiać przemoc jako opór, przemilczać niewygodne fakty i przedstawiać terrorystów jako bojowników o wolność. Jeszcze lepiej, kiedy robi się to pod szyldem walki o prawa człowieka. Wtedy nawet najbardziej ponure idee można opakować w język moralnej wyższości, a ich krytyków oskarżyć o brak wrażliwości, rasizm czy islamofobię. No i oczywiście o uprawianie hasbary, bo to ostatnio wyjątkowo wdzięczny zarzut, kiedy brakuje argumentów.

I dlatego przypadek Eralp jest czymś więcej niż kompromitującą wpadką jednej polityczki. Pokazuje, jak nietrwały jest sojusz ludzi, których wszystko dzieli, a łączy jedynie nienawiść do wspólnego wroga. Można latami zabiegać o poparcie radykalnych środowisk, biegać na protesty, machać chorągiewkami, pływać po morzach i bić w bębenki, rytmicznie się kiwając. Gorzej, kiedy po osiągnięciu politycznego celu próbuje się narzucać zasady sojusznikom, którym dotąd wszystko było wolno.

Eralp, jako polityczka o tureckich korzeniach, powinna znać mechanizmy takich układów lepiej niż niejeden partyjny kolega. Być to może, że właśnie jej pochodzenie sprawia, że oczekiwania pobratymców są większe? A swoją drogą, ciekawe czym zdążyli narazić się swoim tak pokojowo nastawionym, miłym i nieszkodliwym politycznym kamratom? Jak zamierzają chronić berlińczyków przed antysemickimi wystąpieniami, skoro sami obawiają się tych, z którymi jeszcze niedawno ramię w ramię protestowali? Napięcie rośnie, a oni jeszcze nawet nie zaczęli rządzić.

Ale tak już jest, że żmija pozostaje żmiją, nawet jeśli przez jakiś czas pozwala się głaskać. Kiedy w końcu pokazuje zęby, nie ma w tym nic zaskakującego. Taka już gadzia natura.

Benita Noemi Shmider

Skomentuj