Czytam książkę (część V)

Po przeczytaniu wstrząsającego opisu Canina z jego odwiedzin w Kosowie, gdzie opowiedziano mu o tym, co się działo w Treblince i jak się zachowała miejscowa ludność po zakończeniu wojny, myślałem, że nic już mnie nie może poruszyć.
Niestety, nie miałem racji.
Canin nie zadowolił się opowiadaniami chłopów. Za mało mu było opowieści o wykopywaniu i zbieraniu popiołów ludzkich ze zgliszczy obozowych, o jego przesiewaniu w poszukiwaniu kawałków złota i spalonych brylantów, o wspaniałym wpływem tego popiołu, używanego potem jako nawóz, na wegetację zboża i urodzaj oraz o fantastycznym przyroście wagi cielaków, którym dodawano do paszy tenże popiół.
I dlatego pewnie postanowił sobie rozerwać serce wizją lokalną na zgliszczach obozu żydowskiej zagłady w Treblince.
I przy okazji rozerwał serce i mnie, który nagle został wciągnięty w ten dół piszczeli i czaszek patrzących na mnie swoimi pustymi oczodołami. Mnie, który, postawiony przed otchłanią miliona pomordowanych pobratymców, odczuł nagle ciężar i grozę tych czasów. Mnie, który czytał i słyszał o tym wielokrotnie i myślał, że ma to już za sobą.
O Mordechaju, pobratymczy dręczycielu mojej duszy! Spać dzisiaj nie będę. Ale czy znajdę w mej laickiej duszy modlitwę za dusze zamordowanych kobiet, dzieci i mężczyzn, których jedynym przewinieniem była przynależność do „narodu wybranego”?!

„Między Małkinią a Kosowem, na linii kolejowej Małkinia-Siedlce leży mała wioska o nazwie Treblinka. Ta mała stacja kolejowa to adres obozowego cmentarzyska miliona Żydów.
Dotarłem tutaj o drugiej w nocy pociągiem, który jeździ do Sokołowa. W małym pomieszczeniu oświetlonym lampą naftową przyjmuje mnie kierownik stacji. Przedstawiam się jak angielski dziennikarz, który przyjechał zobaczyć Treblinkę, i proszę, by mi pozwolił przeczekać w tym pomieszczeniu do rana. On też się przedstawia: Poltbaka Franciszek.
Przez tych kilka godzin, które przesiedziałem na stacji, Poltbaka opowiedział mi historię obozu w Treblince. Zna wszystkie szczegóły. W czasie funkcjonowania obozu był zawiadowcą i kierował ruchem pociągów między stacją a obozem. Transporty przyjeżdżały pociągami składającymi się z sześćdziesięciu wagonów. Do samego obozu wpuszczano za jednym razem nie więcej niż dwadzieścia wagonów i on, dzisiejszy naczelnik stacji, dzielił transporty na trzy i odstawiał do obozu.
Większość pociągów składała się z zamkniętych wagonów towarowych. To były transporty skazanych na zagładę polskich Żydów. Wiedzieli, dokąd ich wiozą. Wiedzieli, że to ich ostatnia stacja w życiu.
Jeden wielki krzyk niósł się z wagonów: wody, wody! Każdy pociąg wjeżdżał na stację z tym samym wołaniem o wodę. Ale przyjeżdżały też międzynarodowe ekspresy z Żydami z Francji, z Niemiec albo Grecji. Ci podróżowali jak zamożni turyści, ze skórzanymi torbami podróżnymi, w strojach podróżnych. Kiedy pociąg zatrzymywał się na stacji, wysiadali z wagonów i mogli swobodnie poruszać się po peronie. Eskortujący ich esesmani byli uprzejmi. Miejscowi esesmani byli też uprzejmi i radzili Żydom, by nie dopytywali się o wodę, bo woda na stacji nie nadaje się do picia, a poza tym wkrótce przybędą na następną stację, gdzie wszystko dostaną. W tym czasie Poltbaka, który siedzi naprzeciwko mnie i patrzy mi prosto w oczy, odczepiał dwadzieścia wagonów i odstawiał je do obozu. Wracał na stację, a Żydzi z pozostałych wagonów nadal wierzyli, że jadą na Wschód, podczas gdy tamtych, których odstawił do obozu, zapędzano do komór gazowych.
Często zdarzało się, że chłopi podchodzili do pociągu z butelkami wody i proponowali żydowskim „podróżnym”, by oddali im pieniądze i kosztowności, bo i tak idą na śmierć. Ale Żydzi nie wierzyli. Myśleli, że ktoś próbuje ich oszukać. Dostali wyraźną obietnicę z wysokich niemieckich urzędów, że jadą na Wschód. Dostali nawet pisemne urzędowe potwierdzenia.
W kilku pociągach z Europy Zachodniej przyjechały wagony z meblami i sprzętem domowym. Pasażerowie dostali od niemieckich władz pozwolenie na zabranie mebli do miejsc przesiedlenia. Takie wagony nie jechały do obozu. Na stacji w Treblince odczepiano je i kierowano z powrotem do Małkini.
Poltbaka opowiadał mi o wszystkim ze szczegółami, spokojnie, ale napięty wewnętrznie, jakby chciał się przede mną wyspowiadać. To był – powiedział – straszny widok, kiedy dzień w dzień przyjeżdżały pociągi z żywymi ludźmi, z dziećmi i starcami, z kobietami i mężczyznami, a odjeżdżały puste. W każdym pociągu przywożono do dwunastu tysięcy ludzi i przerażenie ogarniało, kiedy ci ludzie gdzieś znikali, jakby się zapadali pod ziemię. Początkowo nie wiedziano, co się z tymi ludźmi dzieje, gdzie przepadają. A przyjeżdżały czasem trzy takie pociągi jednego dnia. Setki tysięcy Żydów znikały w ten sposób w obozie. W końcu się okazało, co się tam dzieje z Żydami.
W obozie było stu pięćdziesięciu Ukraińców i pięćdziesięciu Niemców. Ukraińcy przychodzili do wsi na pijatyki i awantury. Mieli torby pełne złota i pieniędzy. Demoralizowali wiejskie dziewczęta prezentami. Kiedyś jeden pijany Ukrainiec opowiedział, co się dzieje w obozie. Dopiero wtedy stało się jasne, dokąd jadą te tysiące wagonów z Żydami.
We wsi zaczęto opowiadać o wielkich bogactwach zgromadzonych w obozie. Dziesiątki pociągów z odzieżą, butami i ludzkimi włosami ekspediowano z obozu do Ostrołęki. Niektóre wagony miały eskortę karabinów maszynowych. Ukraińcy opowiadali później, że w tych strzeżonych wagonach wozi się pieniądze i biżuterię Żydów.
Od wiosny do jesieni 1943 roku, przez pół roku, nad obozem dzień i noc unosiła się łuna. Za dnia niebo było zadymione, nocą w promieniu wielu kilometrów widać było płomienie. To palono m i l i o n  trupów. Swąd palonych ciał wisiał w powietrzu bez przerwy.
Kiedyś, było to na początku sierpnia 1943 roku, wydawało się, że zapalił się las. To Żydzi zrobili powstanie, podpalili baraki, siekierami i łopatami zabili Ukraińców i uciekli. Przez wiele godzin słychać było strzelaninę. Niemcy i Ukraińcy biegali po okolicznych wioskach, szukając zbiegłych Żydów. Wkrótce potem obóz przestał istnieć. Zimą 1943 roku Niemcy stworzyli tam ukraińską kolonię, która istniała do zajęcia Treblinki przez Armię Czerwoną.
O świcie naczelnik stacji zaprowadził mnie do sołtysa i przedstawił jako ważnego angielskiego gościa. Konnym wozem sołtysa pojechaliśmy do obozu.
Po drodze przejeżdżaliśmy przez wieś o nazwie Poniatowo. Wszystkie chałupy były nowe. Pytam chłopa, czy to nowa wieś. Odpowiada, że tylko chałupy są nowe. W trakcie walk między Rosjanami a Niemcami wszystkie wsie w okolicy zostały spalone. Odbudowały się dzięki obozowi w Treblince. Kiedy weszli Rosjanie, a Ukraińcy uciekli z kolonii, chłopi masowo ruszyli do byłego obozu i zaczęli przekopywać ziemię. W górach popiołu znajdowano skarby. W głębokich rowach wśród trupów, w piaskach na polach i w ludzkich odchodach znajdowano osmolone brylanty, złoto i wyroby ze złota. Nawet z dalekich wsi przyjeżdżali tutaj szukać i starczyło dla wszystkich…
Od szosy biegnącej równolegle z linią kolejową Małkinia-Siedlce, na czwartym kilometrze od stacji Treblinka odchodzi droga w młody sosnowy lasek. Droga ta, przecinająca linię kolejową, na odcinku kilkudziesięciu metrów jest pokryta pyłem węglowym. Dalej, w głębi lasu, aż do brzegu gołego pola wybrukowana jest polnymi kamieniami. To droga do obozu. Bocznica linii kolejowej zbiega się z nią znowu przy samej granicy obozu przebiegającej na linii wschód-zachód.
Kiedy wchodzi się na teren obozu, nie sposób zorientować się, co tam było. Walają się tylko resztki szczotek, garnków i blaszanych talerzy. Z ziemi, z trawy sterczą czerwonawe cegły fundamentów pozostałych po barakach. Od północy wieje wiatr i przywiewa smród rozkładających się ciał.
– To stąd, z góry, idzie ten smród – mówi sołtys.
Wyżej, na piaszczystej równinie odsłania się widok trudny do opisania. Ludzki język nie daje możliwości wyrażenia tego, co widzą oczy: kawałki ziemi są porośnięte ludzkimi włosami, kępki ciemnych, blond, czarnych i bezbarwnych włosów wystają z ziemi. Z prawej strony – pole szare od popiołu i pokruszonych ludzkich kości. Z takiego podłoża wystają szyny kolejowe – to ruszty, na których palono zagazowanych ludzi. W zagłębieniu przesiąkniętej tłuszczem ziemi stoi trochę deszczówki, na jej powierzchni unoszą się plamy ludzkiego tłuszczu.
Bliżej wschodniej granicy obozu – morze ludzkich kości i czaszek, kończyny i żebra, tysiące, dziesiątki tysięcy, stąpasz po ludzkich kościach. Wyżej, po stronie północnej, tam gdzie zakopano zagazowane ciała, odkrywam dół głębokości dwudziestu metrów. To nie dół, to otchłań, otchłań wypełniona głowami i kawałkami ciał. Schodzę do tej czeluści: tysiące oczodołów patrzą na mnie, ręce wystają z ziemi, jakby błagały o litość, jakby się wyciągały do nieba. Kości rąk są jeszcze pokryte kawałkami pożółkłego ciała, głowy są jeszcze wypełnione tkanką mózgową. Na szczątkach widać strzępy bielizny; strzępy bielizny z nicianymi guziczkami. Kępki włosów walają się między głowami. Między małymi główkami dzieci i dużymi głowami dorosłych. Widać białe, równe zęby w ustach młodych ludzi i czaszki z zębami starców. Setki czaszek mają wyłamane szczęki – to dowód, że ograbiono je ze złotych zębów. I widzę: ze stosu kości wystaje dziecięca stópka, jeszcze w buciku, buciku trzy-, czteroletniego dziecka. Podnoszę maleńką czaszkę i widzę nie czaszkę, ale żywe żydowskie dziecko. Patrzy na mnie zapłakanymi oczkami, niemym spojrzeniem jagnięcia i wydaje mi się, że słyszę krzyk tego dziecka:
– Nie miałem życia, daj mi chociaż grób!
I krzyczą skłębione kości, czaszki z otchłani wołają o zmiłowanie:
– Zabierzcie nas do grobu Izraela! Dajcie nam grób!
Sołtys, który zszedł ze mną do tej otchłani, widzi moje łzy spadające na czaszkę dziecka, którą trzymam w dłoniach, i pyta, dlaczego płaczę. Dlaczego ja, mężczyzna, nie mogę powstrzymać łez. Jak tu powiedzieć chłopu, że nie jestem chrześcijaninem, że nie jestem Anglikiem, że jestem Żydem, jednym z miliona Żydów, z których popiół i kości walają się na tym piekielnym polu? Jak powiedzieć, że tu, w Treblince, leży mój naród?
– Gdyby nie Treblinka, żadna spalona wieś: Wólka, Poniatowo, Prostyń, Treblinka, żadna wieś spalona w czasie wojny by się nie odbudowała – mówi sołtys, jakby to miało mnie pocieszyć. Jakby to miało powstrzymać moje łzy.
Ludzkie hieny z okolicy rozkopały ziemię, nagrabiły się i zostawiły zamordowany naród na powierzchni ziemi, na pastwę wron i wygłodniałych psów.
Z dziecięcej stópki zdjąłem bucik i zabrałem ze sobą jako święty symbol tego, co zrobili z nami Niemcy i jak inny naród obszedł się z popiołem i szczątkami miliona Żydów.”

Alex Wieseltier

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s