Co słychać? pyta niestrudzenie fejsbuczek. A nic. Każdy ma swoich radykałów
Po napisaniu posta i dzisiejszej kolejnej rundzie internetowych dyskusji utwierdziłam się w przekonaniu, że nawracanie rozmówców w internecie jest przedsięwzięciem o stopie zwrotu zbliżonej do hodowli bananów na Helu. A przy okazji kompletnie się zbengwirowałam. Spokojnie, nie ideologicznie. Ben-Gwir jest ostatnio tak wszechobecny w polskich mediach społecznościowych, że człowiek zagląda tu i tam, przeczyta kilka postów, coś skomentuje i po chwili Ben-Gwir wychodzi mu uszami. Mnie wyszedł. Ale przy okazji zwróciłam uwagę na coś innego.
Każdy kraj ma swoich politycznych radykałów. Takich, przy których rzecznik prasowy powinien stać z rolką taśmy klejącej i reagować, gdy ten tylko zaczyna niebezpiecznie zbliżać się do mikrofonu. Mówią rzeczy skrajne, brzydkie, prowokują, podkręcają emocje, manipulują, a czasem można odnieść wrażenie, że ich największym politycznym talentem jest produkowanie materiałów propagandowych dla przeciwnika. Demokracja ma niestety tę przypadłość, że nie wybiera wyłącznie ludzi rozsądnych. I tu przypomina mi się mój wykładowca filozofii polityki ze studiów, który kiedyś rzucił z uśmiechem: demokracja, ochlokracja. Jedno zdanie, a zostało mi w głowie do dziś. Z biegiem lat coraz lepiej rozumiem dlaczego. I na ogół jakoś potrafimy to rozróżnić. Kiedy jakiś radykał w Polsce, Francji, Niemczech czy Stanach Zjednoczonych palnie kolejną głupotę, nadal pozostaje radykałem w Polsce, Francji, Niemczech czy Stanach Zjednoczonych. Nie ogłaszamy od razu, że właśnie poznaliśmy poglądy całego narodu.
Z Izraelem ta sztuczka działa trochę inaczej. Ben-Gwir otwiera usta i zaczyna się błyskawiczna metamorfoza. Najpierw powiedział Ben-Gwir. Za chwilę powiedział izraelski minister. Po paru udostępnieniach uważa tak izraelski rząd. Następnie Izrael chce. Jeszcze kilka memów i okazuje się, że tak właśnie myślą Izraelczycy. Ostatnio Ben-Gwir postanowił zresztą hojnie pomóc całemu temu przemysłowi. Izrael wprowadził karę śmierci za określone zabójstwa terrorystyczne, więc trzeba przygotować miejsce wykonywania wyroków. Można to zrobić bez fanfar. Ale po co, skoro można przyjechać z kamerą pod budowaną szubienicę i urządzić przedstawienie? Przeciwnicy Izraela właściwie dostali gotowca. Wystarczy przyciąć film, terrorystów zamienić na Palestyńczyków i świeże bułeczki gotowe. Ben-Gwir dostarczył mąkę, piekarnię i jeszcze sam rozpalił piec. I po chwili nie rozmawiamy już o Ben-Gwirze, jego poglądach czy nawet o samej ustawie. Rozmawiamy o tym, jaki jest Izrael, co myślą Izraelczycy i czego chcą Żydzi. Jeden polityk, jeden mikrofon, kilka nagłówków i cały kraj przypięty do niego zszywaczem. Ekspresowa odpowiedzialność zbiorowa, bez zbędnych formalności.
Najbardziej bawi mnie jednak pewien szczególny gatunek komentatora spotykany w polskich mediach społecznościowych. Radykałów u siebie nie tylko toleruje, ale często wręcz uwielbia. Prowokacja własnego ulubieńca jest odwagą, skrajny język bezkompromisowością, chamstwo mówieniem prawdy, a polityczny eksces walką z poprawnością polityczną. Wystarczy jednak przenieść podobne zachowanie do Izraela i następuje cudowne nawrócenie na umiarkowanie. Szczególnie efektownie wygląda to w części środowisk Konfederacji, a już zwłaszcza wśród braunistów. Antysemickie wyskoki we własnym politycznym ogródku można z lubością przeżuć, zrelatywizować, a nawet oklaskiwać. Ale Ben-Gwir? Tutaj natychmiast budzi się komisja do spraw standardów moralnych. Własnemu radykałowi wybaczą niemal wszystko. Izraelskiemu nie wybaczą niczego, a tym bardziej tego, że jest izraelski.
A sam Ben-Gwir? No cóż, swoim zamiłowaniem do politycznego teatru hojnie dostarcza materiału tym, którzy chcą przyłożyć Izraelowi. I właśnie w tym rzecz: Ben-Gwir nadal pozostaje tylko Ben-Gwirem i nie staje się od tego całym Izraelem.
Benita Noemi Shmider
21 sierpnia 2026
